DZIEŃ W SZKOLE, CZYLI WSTĘP DO PRZYGODY.

Był więc, jak już mówiliśmy, piątek i chociaż ten „łikend” miał się już niedługo zacząć, to najpierw trzeba było jeszcze iść do szkoły. Bartek lubi szkołę. Lubi panią Elę  – nauczycielkę, która przez cały dzień starała się, żeby kiedyś „wyszli na ludzi”. Tak czasem mówiła. Dzieci zastanawiały się czasem, dlaczego mają na tych ludzi wychodzić. Czy nie lepiej wyjść na przykład na boisko? Albo po prostu na podwórko? Ale pani Ela była bardzo mądra, więc jeśli mówiła, że kiedyś trzeba będzie na tych ludzi wyjść, to na pewno miała rację. Pani Ela wymyślała też różne fajne zabawy: rysowała z nimi, zabierała na spacery na rynek, a nawet grała z nimi w piłkę. Była co prawda dziewczyną, ale chłopcy mówili, że w nogę to gra jak sam Lewandowski. Grała też na gitarze i uczyła całą klasę śpiewać, co niektórym uczniom nie za bardzo wychodziło, ale nikt się tym nie przejmował. Bartek też troszkę fałszował, ale śpiewać zawsze lubił i nawet jak mu coś nie wychodziło, śpiewał bardzo chętnie. Mama co prawda ze śmiechem mówiła niekiedy, że słoń mu na ucho nadepnął, ale chyba żartowała tak tylko. Gdyby to była prawda, to Bartek przecież by coś takiego zapamiętał. A on nawet nigdy prawdziwego słonia na oczy nie widział. Poza tym oglądał kiedyś bardzo uważnie oba swoje uszy w lustrze w łazience i na pewno żadne nie było rozdepnięte. Musiałoby być przecież dużo większe od drugiego. Więc z tym słoniem to chyba lipa.

Bartek lubi też szkołę, bo ma fajnych kolegów i nawet dziewczyny w klasie są zupełnie w porządku. Najbardziej lubi chyba kolegę Wiktora. Wiktor jest zupełnym przeciwieństwem Bartka. Jest wysoki, ma ciemne włosy ostrzyżone „na jeża” i lubi czytać książki. Wcale nie biega z Bartkiem w poszukiwaniu przygód, ale z Wiktorem Bartkowi się najfajniej rozmawia. Bo Wiktor bardzo dużo wie. Bartek tak sobie myśli, że to przez te książki, które ciągle czyta. Bartek też książki lubi, ale tylko wtedy, kiedy leje deszcz, albo jeśli z jakiegoś innego powodu nie można wyjść na dwór. Bo Bartek najlepiej się bawi na dworze. Tam zawsze można spotkać jakąś przygodę.

Tak więc Bartek w ten piątkowy ranek spakował plecak, do śniadania, które jak zwykle uszykowała mu mama, dorzucił jeszcze paczkę ciasteczek i jedno ekstra jabłuszko. Nigdy nie wiadomo, czy czasem nie będzie dzisiaj bardziej głodny niż wczoraj. Bo Bartek lubi jeść. Mama mówi, że jest chudy jak patyk, a je za pułk wojska. Chyba troszkę przesadza. Przecież chłopiec dobrze wie, że patyki są dużo chudsze od niego. Co prawda nigdy nie widział ile zje pułk wojska, ani nawet nie wie, co to jest ten pułk, ale jeśli je tyle co on ,to to wojsko chyba za dużo nie zjada. Poza tym zawsze warto mieć jedno jabłko więcej, bo jak się czasem zagada na przerwie z Wiktorem, to dobrze jest potem czymś przekąsić. A nie jest ładnie jak jeden je a drugi patrzy, więc zawsze to ekstra jabłko może być dla Wiktora. Tak właściwie to Wiktor ma zawsze swoje śniadanie w szkole, ale on też pamięta o koledze i ma dla niego jakiś dodatkowy smakołyk. Miło jest się na przerwie czymś wzajemnie poczęstować.

Wziął więc Bartek plecak i powędrował do szkoły.

Co ciekawe, w drodze do szkoły nie spotkała Bartka żadna przygoda. Dziwne, ale jednocześnie mogło to być zapowiedzią niezłej przygody w szkole lub, co jeszcze lepsze, po powrocie do domu.  Spotkała za to Bartka Laura –jego koleżanka z klasy. Bartek lubi Laurkę (jak do niej czasem mówi) bo jest wesoła jak on sam i też bez przerwy za czymś gania. Tak właściwie to trochę szkoda, że Laurka nie jest chłopakiem, bo , wiadomo, z chłopakiem zawsze się łatwiej dogadać. Ale już dawno Bartek doszedł do wniosku, że widocznie tak miało być, że najlepszym towarzyszem przygód w klasie będzie jednak dziewczyna. Bo Laura też ma ciągle jakieś niespodziewane wydarzenia. Ale o tym to opowiemy chyba kiedy indziej, bo się dzieciaki do szkoły spóźnią.

Tak więc spotkali się mniej więcej w połowie drogi do szkoły i mieli sporo czasu, żeby po drodze omówić plany na ten „łikend”. Laurka miała z rodzicami pojechać aż do Poznania. To prawie sto kilometrów i dla dziewczynki zapowiadała się bardzo długa wycieczka. Rodzice Laury mieli w Poznaniu jakąś ciotkę, która bardzo chciała ich zobaczyć. Dziewczynka troszkę marudziła, że wolałaby zostać w domu ze starszą siostrą – bo Laura miała taką, prawie już dorosłą siostrę. Ale okazało się, że rodzice mają i dla niej prawdziwą bombę! W Poznaniu jest takie piękne, duże zoo. I w ramach wizyty u ciotki Laurce obiecano, że jeśli tylko pogoda dopisze, pójdą wszyscy razem to zoo zobaczyć. No i teraz to już nie mogła się tego wyjazdu doczekać. Laura tak bardzo się cieszyła, że zobaczy wszystkie egzotyczne zwierzęta świata, aż Bartkowi zrobiło się troszkę smutno. Bo on naprawdę bardzo chciał spotkać tego słonia, co to mu niby na ucho nadepnął. A przy okazji i zebry, żyrafy i całą resztę zwierząt, które do tej pory znał tylko z obrazków. Ale Laura tak bardzo się cieszyła z tego wyjazdu, że i chłopcu ten smuteczek po chwili przeszedł i cieszył się, że chociaż ona będzie miała okazję cały zwierzyniec zobaczyć.

Lekcje ciągnęły się w ten piątek jak balonowa guma do żucia. Na dodatek Wiktor nie przyszedł dzisiaj do szkoły bo z samego rana pojechał z rodzicami do dziadków. Dziadek Wiktora mieszkał bardzo daleko – aż koło Szczecina, i chłopieć rzadko go widywał. Dlatego z chęcią pojechał z rodzicami już w piątek rano.

Pani Ela starała się jakoś swoją klasę zaciekawić, ale było widać, że i ona chyba już tęskni do tego „łikendu”. Nawet piosenki śpiewała tak jakby trochę wolniej. To piątkowe popołudnie, wolne sobota i niedziela marzyły się chyba każdemu uczniowi i każdej pani nauczycielce w całej szkole. Bo, co prawda było już bardzo blisko końca roku szkolnego, a, co za tym idzie, wakacje miały się rozpocząć naprawdę niedługo, ale pogoda już była prawdziwie letnia. Słońce grzało niemiłosiernie, na niebie nie  było ani jednej chmurki, i lekcje w takich warunkach wszystkim już sprawiały kłopot. Nawet pan dyrektor Kołecki przyszedł dzisiaj do szkoły nie w garniturze z krawatem jak zwykle, tylko w koszulce   z krótkimi rękawami. A to się prawie nigdy nie zdarzało. Bartek wiedział coś o tym, bo kiedyś rozmawiał na ten temat z dziadkiem Frankiem. Dziadek powiedział, że pan dyrektor to już tak ma, bo zawsze musi być w garniturze, żeby wyglądać poważnie. Chłopiec pomyślał sobie wtedy, że w takim razie on nigdy nie chce być dyrektorem, bo czasem woli być całkiem niepoważny i na przykład schować się w krzakach na szkolnym boisku. A w krawacie to chyba nie wypada.

Te krzaki na skraju szkolnego boiska są tak gęste, że można całkiem się w nich zgubić. Boisko od tamtej strony nie jest ogrodzone płotem i kiedyś posadzono tam krzaczki, które miały ten płot tak trochę udawać. Ale potem nikt ich nie obcinał, bo każdy chciał, żeby ten płot naprawdę oddzielał szkołę od łąki, która  się za nim zaczynała. No więc urosły te krzaki wszerz i wzdłuż tworząc mur nie do przebycia. Tak przynajmniej myślał chyba pan Kołecki. Ale chłopcy, a tak naprawdę to właśnie Bartek z Wiktorem, znaleźli kiedyś w tych krzakach dziurę, przez którą można było wejść do środka, a tam, pomiędzy gałązkami, zrobiła się taka niby polanka – puste miejsce otoczone ze wszystkich stron gęstwiną zieleni. Właściwie wejść to tam można było tylko po kolanach i jeszcze nie można było być za dużym. Ale Bartek z Wiktorem byli do tego w sam raz, więc mieli swoją super skrytkę tuż obok szkoły. A kiedy już siedzieli w środku krzaków nikt, ale to nikt nie mógł ich tam wypatrzeć. Czasem po lekcjach chłopcy chowali się w swojej kryjówce i mogli sobie gadać do woli i zajadać to, co im mamy do szkoły przygotowały.

Cała szkoła, wszyscy, z panem Kołeckim włącznie, z radością przywitali ostatni dzwonek. Można było iść do domu i przez trzy dni oddawać się ulubionym zabawom. Bartek, zanim wyszedł ze szkoły, odszukał jeszcze raz Laurkę, bo siedząc dzisiaj na lekcjach obmyślił sobie pewien plan. Wyciągnął przyjaciółkę na chwilę z grupy koleżanek, z którymi rozprawiała akurat o najlepszych kolorach sukienek na lato, i prosząc ją usilnie wymógł na niej obietnicę. Obiecała mu więc Laura, że jak już będzie w tym zoo, to sprawdzi, czy to jest możliwe, żeby taki słoń komuś na ucho nadepnął. Bo Bartkowi tak się wydawało, że samemu sobie to ten słoń zdepnąć ucho mógł. No bo od czego ma je takie wielkie i odstające? Ale czy dałby radę zrobić coś takiego małemu człowiekowi? Kiedy dziewczynka będzie koło słonia, to mogłaby przyjrzeć się jego nogom i pomyśleć czy to w ogóle możliwe. Laura obiecała mu solennie, że popatrzy szczególnie uważnie na tego słonia i na jego nogi. A potem pobiegła z powrotem do dziewcząt dyskutować o modzie i planach na wolne dni. Bartek został sam. Miał wprawdzie jeszcze kilku fajnych kolegów w klasie, ale nie takich przyjaciół jak Wiktor. A Wiktora dzisiaj nie było. Właściwie to Bartek wiedział już wcześniej, że Wiktor jedzie do dziadka, ale zupełnie    o tym zapomniał. Teraz był trochę zły na siebie, bo przecież zabrał z domu te dodatkowe ciasteczka i jabłko dla Wiktora, a teraz będzie musiał zjeść je sam. Ale, że chłopiec jako się rzekło, lubił jeść, więc zły humor szybko mu przeszedł. Co tam jedno jabłko i parę ciastek. Da radę.  Postanowił zakraść się po cichu do skrytki w krzakach tak, żeby nikt go nie zobaczył. Musiał pilnować tajemnicy sekretnego wejścia, bo, jeśli wszyscy się o nim dowiedzą, to nie będzie to już ich tajemnicza super skrytka. Poza tym, po skończonych lekcjach pan Kołecki razem z panem woźnym zakluczali szkołę i nikt nie mógł już wejść na boisko. Ani z niego wyjść. No chyba że Bartek z Wiktorem. Bo chłopcom udało się wyskubać kilka gałęzi wewnątrz skrytki w taki sposób, że mogli wypełznąć prosto na łąkę za szkołą. Dosłownie wypełznąć, bo trzeba było się czołgać na brzuchu pomiędzy krzakami. Ale dzięki temu, że było to tak ciasne wyjście, nikt nie mógł go zauważyć, nawet gdyby szedł ścieżką, która prowadziła „na skróty” z miasteczka przez łąkę w stronę przystanku autobusu przy głównej szosie, a potem dalej, chodnikiem  w stronę rynku. Miał Bartek bowiem taki plan, aby posiedzieć trochę w skrytce, posłuchać jak ptaki śpiewają nad łąką (może wypatrzy któregoś? Bo zawsze chciał wiedzieć jaki to ptak tak pięknie gwiżdże kiedy dookoła jest całkiem cicho. A w szkole rzadko było całkiem cicho, więc trzeba było zostać po lekcjach, żeby ten śpiew usłyszeć). Potem przekąsi dodatkowe jabłuszko i wylezie przez krzaki na łąkę, skąd, ścieżką „na skróty,” było całkiem blisko do domu dziadka Franka. A u dziadka razem wpałaszują ciasteczka, które zabrał dla Wiktora. Dziadek na pewno się ucieszy z jego wizyty. Taki to plan miał Bartek, który, niestety, po raz drugi dzisiaj o czymś ważnym zapomniał. No bo pierwszy to był wyjazd Wiktora. A ten drugi to fakt, że przecież dzisiaj ani w drodze do szkoły, ani nawet w samej szkole nie spotkała chłopca żadna przygoda. A ponieważ wszystkie przygody zawsze, ale to zawsze, spotykały Bartka na dworze, więc jak nic w krzakach, w sekretnej skrytce, na pewno jakaś już na niego czekała. I  tego się urwis całkiem nie spodziewał.

What’s your Reaction?
+1
0
+1
0
+1
1
+1
1
+1
0
+1
0
+1
0

Opublikowano

w

przez

Tagi:

Komentarze

3 odpowiedzi na “DZIEŃ W SZKOLE, CZYLI WSTĘP DO PRZYGODY.”

  1. Awatar wujcio Pawcio
    wujcio Pawcio

    cos mi sie widzi,że krzaczory zamienią się w zaczarowany ogród🏕 zgadłem?

  2. Awatar Elżbieta Jakrzewska
    Elżbieta Jakrzewska

    I pojawiła się pani nauczycielka Ela, a Bartek super chłopak- wywijas!!! Ciekawy jaki będzie cd. 👍👍👍

    1. Awatar maciejuwa

      życie niesie najlepsze pomysły 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *