Kiedy wszyscy uczniowie, nauczyciele i nawet pan dyrektor kręcili się po szkole zbierając się do domów, Bartek, jak zwykle wykorzystując ogólne zamieszanie, wysmyknął się na boisko i szybko, przez nikogo nie zauważony, przykucnął przy wejściu do skrytki. Potem, popychając przed sobą plecak, wdrapał się po kolanach do swojej i Wiktora kryjówki. Schowany między gęstymi gałęziami, czekał sobie spokojnie, aż wszyscy się rozejdą. Długo to nie trwało. Każdemu spieszyło się do tego „łikendu”. Bartek też pobiegłby do domu, ale wiedział, że i tak mama z Zuzią wrócą dopiero po czwartej, a tata to nawet jeszcze trochę później. Po co więc siedzieć samemu, jeśli można z przyjemnością posłuchać ptaków, a potem jeszcze odwiedzić dziadka?
Kiedy w szkole zrobiło się całkiem cicho, chłopiec położył się na plecach na trawie, plecak podłożył sobie po głowę, zamknął oczy i zaczął wsłuchiwać się w otaczający go świat. Wiedział, że po chwili ciszy jego ulubiony ptaszek na pewno zacznie swoje śpiewy. Tak było i tym razem. Nie trzeba było wcale długo czekać. Najpierw skromnie, po jednym ćwierknięciu, a potem coraz częściej, coraz śmielej, rozgwizdał się ptak, zapewne ten sam, którego Bartek już nie raz tutaj słyszał. Leżał więc sobie chłopiec cichutko i wsłuchiwał się w znajome ptasie trele. Szybko spostrzegł ze zdziwieniem, że tym razem ptasi śpiew brzmi jakoś inaczej. Raz po raz w rytmicznym, dźwięcznym świergocie, pojawiał się jakiś nieznany dźwięk. Dźwięk, który zupełnie nie pasował do delikatnego gwizdania. Coś, jakby fukanie? prychanie? Ciche, nieśmiałe ale wyraźnie nie takie, do jakiego chłopiec był przyzwyczajony.
– Cóż to takiego? -pomyślał. Czyżby jego ptaszek był dzisiaj chory? Miał na przykład kaszel? Albo, co nie daj Boże, świnkę tak jak Bartek kiedyś? A może ktoś zrobił mu jakąś krzywdę i nie ma teraz siły tak pięknie śpiewać? Oj, trzeba szybko coś z tym zrobić bo przecież szkoda tego ptaszka. Ale co? Przecież jeszcze nigdy nie udało się chłopcu nawet zobaczyć tego małego śpiewaka, to jak mu pomóc?
– Od siedzenia w krzakach nic nie wymyślę – powiedział sobie w duchu malec i postanowił ostrożnie, jak najostrożniej, wyczołgać się przez krzaki w stronę łąki i wyjrzeć tak powolutku, że ptaszek się go nie wystraszy i nie odleci. Wtedy, być może, będzie mógł jakoś mu pomóc. I tak też zrobił. Położył się na brzuchu i cichuteńko zaczął wpełzać w wąskie przejście w krzakach.
Nagle, na ziemi tuż przed jego nosem zaświeciły lekko dwa malutkie, czarne oczka. Oczka wsadzone były w kłębek szarych kłaczków i zafukały na Bartka.
– Oj, oj!!! Ratunku!!! – wrzasnął chłopiec ze strachu i próbował zerwać się na nogi i uciekać gdzie pieprz rośnie. Przecież w tych jego krzakach właśnie dzisiaj, kiedy jest zupełnie sam, zaczaił się na niego jakiś wilk, niedźwiedź albo inny potwór. Ale krzaki trzymały go mocno przy ziemi i biedaczysko nie mógł ruszyć się inaczej, jak tylko do tyłu. Spróbował więc zrobić dwa ruchy wstecz i jakoś poszło. Niestety, oczka w kłębkach kłaczków zrobiły ruch w jego stronę i bardzo, ale to bardzo szybko znowu były koło jego buzi. Stwór znowu zafukał, potem prychnął cichutko i Bartek zrozumiał, że to nie ptaszek miał chrypkę, tylko potwór włączał się w jego śpiew swoim głosem.
– No to koniec – pomyślał. – Ptaszkowi nie pomogę, sam zginę marnie. Pożre mnie to szare diablisko albo nie wiem co.
A szare diablisko podsunęło się jeszcze bliżej do jego buzi. Już chciał Bartek zamknąć oczy, żeby chociaż nie widzieć jak potwór będzie go zjadał, gdy nagle, zupełnie niespodziewanie, spomiędzy szarych kłaczków, tuż, tuż poniżej czarnych ślepków, wysunęło się coś małego i różowego, i liznęło chłopca prościutko w nos.
– Już po mnie – przeleciało mu przez głowę. – Najpierw mnie spróbuje a potem schrupie, jak ja to nieszczęsne jabłko, którego nie tylko nie dałem Wiktorowi, ale nawet sam nie zdążyłem zjeść.
Ale stwór jeszcze raz liznął go po nosie, potem jeszcze raz, a na koniec zapiszczał cichutko. Coś nie pasowało Bartkowi. Tyle razy to się nie próbuje jedzenia. Tyle razy to nawet on nie lizał brukselek, które mama kiedyś ugotowała do obiadu i mówiła, że są pyszne, chociaż pachniały trochę jak skarpetki, które Bartek kiedyś zdjął po całym dniu biegania w kaloszach po mokrej od deszczu trawie. Bartek pamiętał bardzo dobrze, że polizał je wtedy tylko dwa razy (te brukselki, nie skarpetki), i już wiedział, że to nie jest przysmak dla dzieci w jego wieku. Co prawda mama miała inne zdanie, więc zjadł w końcu dwie lub trzy. I chociaż smakowały lepiej niż pachniały, to i tak uważał, że to nigdy nie będzie jego ulubione warzywko. Zdecydowanie bardziej wolał na przykład kalarepki.
Tak więc Bartek pomyślał, że być może stwór wcale nie próbuje go zjeść. Bo może nie jest dość smaczny? A poza tym to piszczenie zabrzmiało chłopcu coś jakby znajomo. Chyba słyszał już nie raz taki głos i na pewno nie należał on do niedźwiedzia ani żadnego innego potwora, bo takich stworzeń to Bartek jeszcze nigdy nie słyszał. Zabrzmiało mu to jak… no przecież. Taki odgłos zawsze, ale to zawsze, wydaje tylko jedno znane chłopcu stworzenie. I to takie, którego za nic nigdy się nie bał. Przecież tak piszczeć potrafi tylko mały piesek! W nagłym przypływie odwagi, Bartek otworzył więc oczy, spojrzał dzielnie prościutko w te czarne ślepki i nagle – o dziwo – dostrzegł pomiędzy nimi malutki, mokry, czarny nosek, i już wiedział, że to na pewno piesek. Mała szara kuleczka, która jeśli wlazła przez jego dziurę, do jego skrytki i jeszcze na dodatek właśnie jego polizała trzy razy w nos, to, bez wątpienia, właśnie on będzie musiał się nią zaopiekować. Chłopiec wyciągnął delikatnie, powoli, przed siebie jedną rękę, aby dotknąć tego kłębuszka, ale szczeniak, ze strachu, cofnął się kilka kroków. Tylko że Bartek wiedział jak przywołać psiaka do siebie. Przecież na pewno był głodny! A chłopiec miał w kieszeni ciasteczka, które najpierw miały być dla Wiktora, potem dla dziadka, ale w końcu chyba jednak będą dla tego malucha. Powoli, bardzo powoli, wyciągnął z kieszeni woreczek z ciastkami, a potem wydłubał jedno z woreczka. Psiak cały czas uważnie go obserwował, przekrzywiając przy tym zabawnie główkę. Ale kiedy Bartek podsunął mu ostrożnie jedno z ciastek, maluch błyskawicznie je złapał i schrupał dosłownie w mgnieniu oka. Dalej to poszło już jak po maśle. Szczeniaczek bez żadnych już oporów poszedł za czołgającym się do tyłu, w stronę sekretnej skrytki, Bartkiem. Tam oboje usiedli obok siebie i razem, jak dwaj starzy kumple, zjedli wszystkie, co do jednego, ciasteczka zabrane z domu „na wszelki wypadek”. Chłopiec pomyślał nawet sobie, że „na wszelki wypadek” to dobre powiedzenie, bo, jak dzisiaj sam się przekonał, taki wypadek może wydarzyć się zawsze i wszędzie. Nawet w szkole. No może koło szkoły, ale to prawie to samo.
Najedzony psiak nabrał ochoty do zabawy i zaczął wdrapywać się Bartkowi na kolana, stukać go nosem i zaczepiać na wszelkie możliwe sposoby. Chłopiec zrozumiał doskonale o co maluchowi chodzi, a ponieważ i on bardzo, ale to bardzo zapragnął poganiać po łące i poskakać sobie razem z nowym przyjacielem, więc, niewiele myśląc, zabrał plecak i zaczął wypełzać przez ciasne przejście. Tym razem było to szczególnie niewygodne, bo chłopiec musiał pełznąć tyłem, ciągnąc za sobą plecak i jeszcze patrzeć czy szczeniaczek robi to co on. To znaczy czy też wyłazi z kryjówki. Bo Bartek za nic w świecie nie chciał, żeby piesek został tam, gdzie go znalazł.
Urwisowi marzyło się, że zabierze pieska ze sobą do domu i że zostanie on u nich już na zawsze. Tylko że , mimo iż nie był jeszcze całkiem dorosły, jako rozsądny ośmiolatek wiedział, że trzeba najpierw rozwiązać trzy problemy.
Pierwszy, najłatwiejszy, to imię dla pieska. Przecież jego nowy przyjaciel musiał się jakoś nazywać. Ponieważ, pomimo próśb Bartka, psiak za nic nie chciał się przyznać, czy już jakieś imię ma, trzeba było wymyślić jakieś nowe. To okazało się całkiem łatwe. Chłopiec zauważył szybko, jeszcze kiedy siedzieli razem w skrytce w krzakach, że szczeniaczek ma wesołą mordkę, dwa klapnięte, nieduże uszka, które zawsze podnosiły się, kiedy coś do niego mówił, i skłębioną, szarą sierść. W ogóle to cały był taki szary i tylko sam koniuszek ogonka miał bieluteńki. Ten biały koniec ogona na szarej sierści wyglądał jak znak „minus”, który pani Ela pisała kredą na tablicy, kiedy mieli lekcje matematyki. Więc Bartek uznał, że imię „Minus” będzie dla jego nowego przyjaciela w sam raz. Pierwszy problem chłopiec rozwiązał błyskawicznie i od tej pory wołał już do pieska „Minus, Minus, no chodź za mną, łobuzie”. A Minus o dziwo słuchał i w podskokach podążał za swoim większym kolegą.
Dwa pozostałe problemy nie były już jednak takie łatwe do rozwiązania. Pierwszy z nich to pytanie, czy psiak nie ma już czasem właściciela. Może w którymś domu, niedaleko szkoły, ktoś siedzi i płacze, bo zginął jego ulubiony pupil? Bartek, mimo że bardzo, ale to bardzo, tego nie chciał, wiedział, że jeśli tak jest, to trzeba będzie Minusa oddać. A wtedy, mimo że jest już prawie dużym chłopcem, na pewno będzie płakał i płakał chyba już do końca życia. Ostatni problem to rodzice. Czy zechcą zgodzić się, aby piesek mógł zostać u nich w domu. Ale chłopiec wierzył, że jeśli Minus nie ma innego właściciela, tata i mama na pewno nie każą wyrzucić go z domu. No bo gdzie taki mały szczeniaczek się podzieje jak nie będzie miał domu? Rodzice z pewnością mają dobre serduszka i nie pozwolą, żeby musiał błąkać się po świecie. Bartek był co do tego całkiem pewien.
Chłopiec postanowił więc na razie się tymi dwoma problemami nie przejmować i pobiegać sobie po łące. Zaproponował to oczywiście Minusowi, który słuchał go, przekrzywiając śmiesznie główkę. Ponieważ psiak nie zgłaszał żadnych sprzeciwów, zaczęli obaj biegać jak szaleni. Raz piesek gonił Bartka, a raz to Minus uciekał, a Bartek pędził za nim. Jeden i drugi przy tym przewracali się co chwilę, kulali po trawie i śmiali się przy tym w głos. Bo chłopiec przysiągłby, że dokładnie widział jak jego towarzysz wywalał języczek i uśmiechał się od ucha do ucha. Potem jednak zmęczyli się co nieco, przysiedli więc na ziemi, aby trochę odetchnąć. Psiak położył głowę na kolanach Bartka, a ten, głaszcząc go i drapiąc za uszami, zaczął od nowa rozmyślać jak uporać się z kłopotami, które na niego czekają. Po jakimś czasie poddał się jednak i powiedział do szczeniaka: – Nic tu sami nie wymyślimy. Trzeba będzie poprosić o pomoc kogoś dorosłego.
Dodaj komentarz