DZIADEK, PAN SZYMKOWIAK I…

Piątkowe popołudnie i wieczór strasznie ciągnęły się Bartkowi. Co chwilę spoglądał to na zegarek, to na telefon, czekając jednocześnie na noc (żeby już było jutro) i na informację od dziadka, że piesek nie ma tak właściwie innego właściciela i będzie można go zatrzymać. Rodzice Bartka spoglądali za to co chwilę na swojego synka, bo znali go dobrze i wiedzieli, że takie dziwne zachowanie musi oznaczać coś nietypowego. Nie denerwowali się zbytnio, bo wiedzieli, że gdyby ich syn coś przeskrobał, gdyby zbroił coś czy to w szkole czy w miasteczku, na pewno sam by się do tego przyznał. Bartek był bowiem niedużym chłopcem, ale wiedział już dawno, jak trzeba się w takiej sytuacji zachować.

Tato próbował wyciągnąć coś od synka, ale widział, że ten bardzo stara się nie pisnąć ani słowa. Nie naciskał więc zbyt mocno. Zaproponował za to wspólną wyprawę na ryby w sobotę od rana, ale, o dziwo, chłopiec wykręcił się umówioną wizytą u dziadka. Tata Bartka wiedział już teraz na pewno, że nic groźnego nie mogło się wydarzyć, skoro syn „spiskował” razem z dziadkiem.

Kiedy chłopiec, zmęczony wydarzeniami minionego dnia i emocjami wieczoru, poszedł w końcu spać, jego tato zatelefonował do dziadka Franka (czyli swojego taty) i długo, długo z nim rozmawiał. Ale o tym Bartek nigdy się nie dowiedział.

W sobotę rano Bartek obudził się jako pierwszy. Cichutko, aby nie budzić śpiącej siostrzyczki i rodziców, którym po całym tygodniu pracy należał się w końcu wypoczynek, umył się i ubrał, a potem nawet zaczął krzątać się w kuchni, aby przygotować śniadanie. Tego było już jednak za wiele dla mamy i taty, którzy już od jakiegoś czasu pilnie nasłuchiwali, co też ten łobuziak wyczynia. Kiedy zorientowali się, że Bartek buszuje po kuchni, mama nie wytrzymała i , udając że dopiero co się obudziła, wyszła z sypialni. Tata zaraz po niej. Wielce zdumieni poczynaniami pociechy, uśmiechając się pod nosem, przygotowali śniadanie dla wszystkich, a potem przypilnowali, żeby zarówno Bartek, jak i Zuzia, porządnie się najedli. Było już po dziewiątej i chłopiec nie mógł już dłużej wytrzymać. Poprosił rodziców o zgodę, a uzyskawszy ją popędził do dziadka.

Kiedy wpadł do jego mieszkania najpierw ucałował dziadka a potem rzucił się na podłogę i zaczął ściskać i głaskać Minusa tak, jakby go nie widział przynajmniej od miesiąca. Piesek też go poznał i bardzo uradowany, kulał się i skakał razem z chłopcem. Dziadek Franek przyglądał się temu wszystkiemu z uradowaną miną, chociaż widział, że wnuk może nie być zadowolony z tego, czego udało mu się dowiedzieć. Kiedy oba maluchy wreszcie się nieco uspokoiły, Bartek usiadł na kanapie i nerwowo przygryzając usta czekał, co też mu dziadek powie. Niestety, nie były to dobre wieści. Okazało się, że Minus ma już właściciela. Był nim jakiś pan Szymkowiak, który niedaleko dziadka mieszka. Dziadek umówił się z nim, że około dziesiątej przyjdzie po swojego psiaka. Na takie wieści Bartkowi zaczęła płaczliwie drgać broda i łezki, jedna za drugą, zaczęły mu lecieć po policzkach, chociaż bardzo, ale to bardzo, starał się być dzielny i nie płakać. Ale był przecież w końcu małym chłopcem i taki wielki smutek przerósł jego siły. W końcu płakał jak bóbr tuląc się na przemian to do dziadka, to do szczeniaczka. Takiego zapłakanego zastał go pan Szymkowiak, który punktualnie o umówionej godzinie zadzwonił do drzwi. Był ten pan Szymkowiak starszy nawet od dziadka Franka i robił nawet miłe wrażenie. Cóż z tego, skoro chciał odebrać Bartkowi Minuska. Chłopiec przywitał się z nim ze spuszczoną nisko głową, z kapiącymi po policzkach łzami i ,pociągając nosem od płaczu powiedział cichutko „dzień dobry”. Chociaż dla niego ten dzień wcale dobry nie był. Wręcz przeciwnie. Był chyba najgorszy w życiu.

Właściciel pieska w kilku słowach przedstawił sytuację dziadkowi, chociaż zwracał się również do Bartka.

– Mam w domu suczkę, Fionę, która jest mamą Minusa, jak go nazwałeś. Minus miał trójkę rodzeństwa – Fiona niedawno urodziła cztery małe pieski. Trzy z nich szybko znalazły nowe domy. Czwartego – tego właśnie łobuza, postanowiłem zostawić dla siebie. Jestem samotny, nie mam bliskiej mi rodziny i te pieski są dla mnie właściwie całym światem. Dlatego chciałem mieć jeszcze jednego, żeby dom był pełniejszy.

 Bartek spojrzał przez łzy na staruszka i tak trochę zrobiło mu się go żal. No  bo przecież to strasznie smutne nie mieć nikogo przez calutki dzień. Ale w jego malutkim serduszku dzisiaj też było bardzo, ale to bardzo smutno. Miał przecież stracić przyjaciela, którego dopiero co zyskał. To rzeczywiście był chyba najgorszy dzień w całym jego ośmioletnim życiu. Mimo to poprosił pana Szymkowiaka, aby mógł chociaż jeszcze przez chwilkę pobawić się z pieskiem. Tak na pożegnanie.

I wtedy stało się coś niezwykłego. Starszy pan zwrócił się bezpośrednio do chłopca i powiedział:

– Nie musisz się z nim żegnać. Przyszedłem tutaj z zamiarem odebrania zguby, ale, ponieważ widzę, że bardzo zależy tobie na tym kudłatym psiaku, proponuję taką ugodę. Jeśli uzyskasz zgodę rodziców – twój dziadek powiedział mi przez telefon, że i z tym może być problem – to ja podaruję ci Minusa. Wiesz, ty już nawet zdążyłeś nadać mu imię, podczas gdy ja, przez tyle dni, wołałem na niego „piesku”. Chyba lepiej będzie mu jednak u ciebie. Ja nie dam rady podarować mu tyle ruchu i zabawy, ile on potrzebuje. Tak naprawdę Fiona jest moją najlepszą przyjaciółką i niech tak zostanie. Musisz mi tylko obiecać, że nie pozwolisz, aby szczeniakowi przydarzyło się cokolwiek złego i będziesz o niego bardzo dbał.

Bartkowi znowu łzy poleciały strumieniem po policzkach, ale tym razem chłopiec płakał ze szczęścia. Rzucił się starszemu panu na szyję i ściskał go tak mocno, tak mocno, że nieomal go udusił.

– Puść pana Szymkowiaka, no puśćże go wisusie nieusłuchany – wołał dziadek, ale zarówno on jak i sam duszony zaśmiewali się do łez razem z Bartkiem. A potem chłopiec skoczył znowu do Minusa,    zaczął podnosić, ściskać i głaskać nic nierozumiejącego szczeniaka, aż ten zaczął piszczeć i poszczekiwać z radości. Dziadek zaproponował panu Antoniemu (bo okazało się, że tak ma na imię, były już właściciel psiaka) kawkę, wnukowi kompocik z agrestu, wyczarował z szafy paczkę ciasteczek i  razem usiedli do stołu. Podczas rozmowy okazało się, że i dziadek i pan Antoni mają wspólną pasję (czyli hobby jak wytłumaczyli chłopcu). Obydwoje mianowicie uwielbiali szachy. A że jednemu i drugiemu wiecznie brakowało partnera do gry, umówili się już na jutro na malutką partyjkę. Co to jest taka partyjka Bartek nie wiedział, ale figę go to obchodziło. Teraz przepełniała go radość i tylko reakcja rodziców trochę tę radość zakłócała.

– Dziadek da radę, myślał chłopiec, dziadek wszystko umie, na pewno przekona tatę.

 I znowu skakał z Minusem w ramionach śpiewając pod nosem „ La, la, la ja mam psa”.

– Cóż Antoni, – powiedział w końcu dziadek do pana Szymkowiaka (tak w międzyczasie panowie zaczęli mówić do siebie po imieniu, co Bartek doskonale rozumiał, bo przecież przyjaciele – a oni bez wątpienia zdążyli się zaprzyjaźnić- zawsze mówią sobie po imieniu. Tak jak on i Wiktor na przykład. Albo Laurka), – trzeba będzie teraz wybrać się na spacer i pomóc temu młodemu człowiekowi w przeprawie z ojcem.

What’s your Reaction?
+1
0
+1
0
+1
0
+1
0
+1
0
+1
0
+1
0

Opublikowano

w

przez

Tagi:

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *