PRZYGODA NA STRYCHU.

Był piątek. Koniec tygodnia zbliżał się wielkimi krokami. Coraz bliżej do tych pięknych dni, na które rodzice mówili „łikend”, chociaż Bartek znowu wiedział, że pisze się to zupełnie inaczej. Ale dla niego nie było ważne jak. Ważne, że tata, od samego rana uśmiechnięty, kręcił się po domu przed wyjściem do pracy i mruczał sobie „piątek, piątek, łikendu początek”. Bartek dobrze wiedział, że kiedy on wróci ze szkoły, mama w drodze z pracy odbierze Zuzię z przedszkola, a tata będzie mógł wreszcie skończyć swoją pracę i zaczną się takie mini wakacje. Rodzice będą mieli mnóstwo czasu dla niego i siostrzyczki, więc na pewno coś fajnego będzie się działo.

Być może znowu pójdziemy z tatą nad Ławisko, na ryby? A może wpadnie ciocia Kasia z dzieciakami i pobawimy się razem w podchody w lesie?  – marzył sobie chłopiec.  Tak było chyba dwa tygodnie temu.

Ciocia Kasia to siostra mamy Bartka, a wujek Tomek to jej mąż. Dzieciaki – czyli Filip i Jasiu, to najprawdziwsi kuzynowie Bartka i Zuzi. Obydwaj są trochę starsi, ale tak tylko troszeczkę. Mają po dziewięć lat i są bliźniakami tak podobnymi do siebie, że nawet ich tata, wujek Tomek, czasem się myli. Tylko ciocia potrafi ich zawsze odróżnić. Mama Bartka zawsze mówi, że matki tak mają. Bartek nie bardzo rozumie co też one tak mają, ale póki co nie jest matką i coś mu mówi, że chyba nigdy nie będzie. Więc się nad tym zbyt mocno nie zastanawia. Ale Bartek też potrafi odróżnić Jasia od Filipa i nie ma z tym żadnego problemu. Dziwi się zawsze, dlaczego inni mają. Bo Bartek ma swój sposób. Było tak:

Jakieś półtora roku temu, zimą, niedługo przed świętami Bożego Narodzenia, ciocia i wujek z dzieciakami byli u nich w domu. Dorośli usiedli z kawą w kuchni i planowali święta, bo zawsze, ale to zawsze, święta spędzali wszyscy razem. Do domu Bartka przychodziła na Wigilię cała rodzina cioci Kasi, z sąsiedniego miasta przyjeżdżał wujek Jacek, brat taty, z ciocią Danusią i ich córeczką Polą. Pola była jeszcze bardzo mała, bo miała tylko dwa latka, i Bartek bardzo lubił brać ją na kolana, bo wtedy śmiała się głośno i wszystkim od razu było wesoło.

Przychodzili też oczywiście babcia Jadzia z dziadkiem Marysiem i drugi dziadek – Franek, ale bez babci. Bo babcia Małgosia, żona dziadka Franka, umarła dawno temu. Tak dawno, że Bartek jej nigdy nie poznał, ale i tak było mu smutno, że dziadek musi być sam. Więc często w drodze ze szkoły odwiedzał dziadka, bo mieszkał zaraz obok szkoły. Kiedyś był nawet nauczycielem w tej samej szkole, do której teraz chodził Bartek. Dziadek Franek zawsze bardzo się cieszył, kiedy wnuczek go odwiedzał. Opowiadał chłopcu różne ciekawe historie i to właściwie przez dziadka Franka Bartek tak lubił przygody. A może nawet przez dziadka przygody tak bardzo lubiły Bartka?

Dziadek Franek zawsze miał też schowane w szafie kuchennej jakieś smakołyki i jak tylko wnuczek do niego zachodził, zaraz zaczynali razem je pałaszować. A potem dziadek zawsze odprowadzał chłopca do domu i przez to dłużej byli razem. Na koniec mama mówiła do dziadka: „ale tato, zostań przecież na obiad.” I dziadek zostawał u nich aż do wieczora. I już nie musiał być sam.

Tak więc rodzice i  ciocia z wujkiem siedzieli w kuchni i planowali święta, a dzieci, jak to dzieci wymyślały coraz to nowe zabawy. Pęd do przygód namówił Bartka, żeby zabrać kuzynów na strych, bo tam przecież zawsze mogły kryć się jakieś skarby. Ponieważ chłopcy byli wtedy jeszcze mali, tato dbał o to, aby drzwi na strych były zawsze zakluczone, „Bo tam pełno gratów leży –mówił,- i jeszcze który krzywdę sobie zrobi”. No ale chłopcy właśnie te graty chcieli zobaczyć, bo tak właściwie żaden    z nich nie wiedział, czym te graty są. „Granaty” to Filip z Jasiem już widzieli w takim jednym filmie o czterech żołnierzach, którzy w czołgu mieszkali i jeszcze psa tam mieli. Ale gratów to jeszcze nie.

Bartek też nie. A tak w ogóle to zawsze bardzo chciał mieć psa, chociaż malutkiego, i bardzo zazdrościł tym żołnierzom, o których opowiadali mu kuzynowie. Bo chociaż w takim czołgu to chyba wygodnie się nie mieszka, ale z psem to już zupełnie inna sprawa.

Poszli więc chłopcy na strych, ale drzwi były jak zwykle zakluczone. Kilka razy próbowali naciskać klamkę w różny sposób: raz leciutko i powoli, raz mocno, z całych sił, ale drzwi nie chciały się otworzyć. Filip wpadł na pomysł, żeby chociaż przez dziurkę od klucza spróbować obejrzeć te „graty” ale, chociaż każdy po kolei zaglądał, nic nie zobaczyli. Po męskiej naradzie doszli do wniosku, że jest zbyt ciemno, bo, na pewno, w tej dziurce siedzi klucz. A gdyby go tak wypchnąć? Może dałoby się wyciągnąć go pod drzwiami? Bo to były takie stare drzwi i pod spodem miały całkiem sporą szczelinę. Przecież oni, chociaż jak wspólnie uznali, już prawie mężczyźni, mają jednak całkiem chude rączki. A najchudsze to ma chyba Jasiek, więc na pewno da radę. No i ten pomysł rozpoczął przygodę, po której Bartek umiał  rozróżniać bliźniaki lepiej niż ich tata.

Najpierw Jaś miał swoim chudym paluszkiem wypchnąć klucz z dziurki. Tylko że w tej dziurce żadnego klucza nie było. Ale o tym to chłopcy dowiedzieli się dopiero później. Jak chłopiec wetknął mały paluszek prawej ręki do dziurki, to ten palec –hyc-i wskoczył głęboko. Tak głęboko, że za nic w świecie nie chciał z tej dziurki wyjść. Trzeba przyznać, że Jasiek bardzo dzielnie znosił wszystkie próby pomocy – a to lekkie ciągnięcie za rękę, a to okręcanie dłoni we wszystkie strony. Nie protestował nawet gdy jego brat zaproponował, żeby napluć trochę na ten palec, „to może łatwiej wyjdzie”. Rozpłakał się dopiero, kiedy rodzice, zaniepokojeni dziwną ciszą w domu, zaczęli poszukiwania pociech i znaleźli chłopców na tych schodach na strych. Tylko że Jasio nie płakał dlatego, że rodziców zobaczył. Gdzie tam! Płakał, bo jak dorośli zaczęli wbiegać do nich na górę, to, chyba ze strachu, ten palec wyskoczył z dziurki od klucza. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że jak ten palec wyskakiwał, to coś tak dziwnie w nim pstryknęło i to pstryknięcie bardzo Jasia bolało. Potem okazało się, że ten biedny palec się na samym koniuszku złamał i trzeba było go wsadzić w taką metalową blaszkę z bandażem na całe trzy tygodnie. Jasiu to nawet był zadowolony, bo ta blaszka za bardzo mu nie przeszkadzała, a w całej szkole był jedynym, który takie coś miał. Więc koledzy z klasy trochę mu zazdrościli, ale żaden nie był taki odważny, żeby też spróbować palec do dziurki od klucza wpychać. Był zatem Jasio jedynym takim bohaterem w klasie.

Kiedy ten palec się już zagoił i pan doktor powiedział, że można tę blaszkę zdjąć, okazało się, że końcówka paluszka jest odrobinę krzywa. Tak tylko troszeczkę, ale Bartek potrafił to bez problemu zauważyć. I odtąd już zawsze wiedział, który z kuzynów to Filip, a który Jasiu.

Z całej tej przygody była jeszcze jedna korzyść. Tata Bartka doszedł do wniosku, że lepiej tych drzwi na strych nie zakluczać, żeby czasem jakiegoś większego nieszczęścia nie było.

– Zrobię tam trochę porządku, – powiedział, – to chyba mogą być odkluczone.

No i potem chłopcy mogli już bez problemów obejrzeć te „graty”, które okazały się być całą masą najróżniejszych, mniej lub bardziej fajnych, skarbów. Ale sami, przez jakiś czas, na strych już nie chodzili.

What’s your Reaction?
+1
0
+1
1
+1
2
+1
0
+1
0
+1
0
+1
0

Opublikowano

w

przez

Tagi:

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *