Dziadek nie powiedział wnukowi, że już wczoraj długo rozmawiał z synem o psiaku, i tak właściwie całkiem go do tego psa przekonał. Nie powiedział o tym Bartkowi, bo przecież nie mógł wiedzieć, że pan Antoni odda chłopcu swojego szczeniaka. A teraz chciał, żeby wszystko było załatwione „jak należy”.
– Pójdę z wami i ja – rzucił pan Szymkowiak ze śmiechem. – Spacer dobrze mi zrobi, a myślę sobie, że dwóch takich dziadków może lepiej załatwić niejeden problem.
I wybrali się razem. Z przodu pędził Bartek a przy nim, w podskokach truchtał Minus. Dwaj dziadkowie, troszkę wolniej, statecznym krokiem podążali za chłopcem, bacznie go obserwując, żeby nie zapomniał się w tym brykaniu i nie wskoczył w końcu pod samochód albo nie wylądował w przydrożnym rowie.
Im bliżej byli domu, tym mocniej biło serduszko Bartka.
– A jeśli rodzice się nie zgodzą? – myślał trwożliwie. – Jeśli , mimo wszystko, będzie musiał oddać psiaka panu Szymkowiakowi? Oj żeby tylko nie, żeby tylko nie!
Kiedy doszli już do domu, rodzice czekali w ogrodzie. Siedzieli sobie na ławeczce przy drewnianym stole, który w zeszłym roku tata sam zrobił z grubych, dębowych desek. Popijali kawę i zajadali jabłecznik, który mama zdążyła już od rana upiec, wiedząc od męża, że jak nic będą dzisiaj mieli gości. Zuzka bawiła się w piaskownicy, ale kiedy zobaczyła szczeniaczka, zapiszczała z radości i pobiegła się z nim przywitać. Cóż, dopiero później ucałowała dziadka i podała rączkę panu Antoniemu, ale oni wcale się nie gniewali o taką kolejność.
Dziadek przedstawił pana Szymkowiaka jako swojego sąsiada – kolegę od szachów. Usiedli wszyscy razem do stołu i znowu zajęli się rozmową i podjadaniem słodkich wypieków. A Bartek nie mógł się doczekać rozmowy dziadka z tatą, który tak właściwie, wydawało się, wcale nie zauważał pieska. Niestety, dziadek, pan Antoni i rodzice rozmawiali cały czas o wszystkim, tylko nie o nim. Chłopiec już zaczął wątpić czy uda się cokolwiek załatwić. I wtedy wydarzyła się dziwna rzecz. Czy była to prawda czy też tylko się chłopcu wydawało? W pewnej chwili dziadek uśmiechnął się i mrugnął do swojego syna. A ten, bez słowa, wstał od stołu i poszedł do domu. Zaraz po nim to samo zrobiła mama.
– Dziadku, dziadku – – szepnął przejęty malec. – Zrób coś proszę. Żeby się zgodzili.
– Wnusiu, bądź cierpliwy. Niektóre sprawy czasem same się rozwiązują. Prawda Antoni? – Powiedział dziadek.
– Oj prawda, prawda Franciszku – – odrzekł pan Szymkowiak kiwając głową. Bartek nie rozumiał, co mają na myśli, ale widać trzeba było jeszcze poczekać.
Po niedługiej chwili rodzice wyszli z domu trzymając się za ręce, bo lubili tak chodzić.
– Jak małe dzieci – mruknął dziadek, ale uśmiechnął się szeroko do syna i jego żony.
– Niby czemu tak powiedział? – pomyślał chłopczyk, bo przecież wszyscy wiedzą, że małe dziewczynki i mali chłopcy nie za bardzo chcą chodzić, trzymając się za ręce. Ale teraz nie chciał się nad tym zastanawiać. Teraz myślał już tylko, co zrobić z Minusem.
Raptem zauważył, że mama trzyma w dłoni niewielki pakuneczek.
– Ciekawe, co w nim może być? – pomyślał.
A rodzice podeszli do niego i tata powiedział:
– Chcieliśmy to załatwić troszkę później, latem, kiedy rok szkolny się już skończy. Ale ponieważ niespodzianki zdarzają się zawsze nieplanowane, więc załatwimy to już dzisiaj. Proszę, synku, to prezent dla ciebie na zakończenie, a zarazem początek wielkiej przygody.
I mama dała ten pakuneczek Bartkowi, który najpierw zdążył pomyśleć, jak to może być, że zakończenie może być jednocześnie początkiem przygody, ale nie miał za dużo czasu na rozwiązanie tej zagadki, bo bardzo, ale to bardzo ciekawiło go, co też jest w środku paczuszki. Otworzył ją i nagle… Nagle wszystko zrozumiał.
Nikt nigdy nie podskoczył tak wysoko jak Bartek w tamtej chwili. Wszystkim obecnym wydawało się przez moment, że chłopiec zniknie w chmurach, że poleci wysoko, wysoko i może już nigdy nie spadnie na powrót na ziemię. Ale musiało im się tylko tak wydawać, bo przecież dzieci nie potrafią tak latać. To tylko Bartkowi z wielkiej radości zrobiło się tak lekko na duszy, taka ogarnęła go ogromna wdzięczność dla wszystkich: dziadka, pana Antoniego, najukochańszych rodziców, że rzeczywiście, przez jedną króciutką chwilkę, mógłby latać razem z ptakami pod błękitnym niebem.
W pięknie zapakowanej paczuszce, którą Bartek tak łatwo otworzył, leżała najpiękniejsza na świecie, czerwona obróżka dla psa. Dla JEGO psa. Dla Minusa.
Tak oto najgorszy dzień w życiu chłopca stał się jego dniem najpiękniejszym
***
W ten sposób skończyła się ta przygoda. Przygoda, która znów rozpoczęła się na dworze, w krzakach na szkolnym boisku, a zakończyła się na podwórku rodzinnego domu Bartka. Bo przecież wszystkie przygody zawsze, ale to zawsze , spotykały Bartka na dworze.
Oczywiście nie jest to koniec przygód małego ośmiolatka z Miłkowa. Wiele z nich dopiero się rozpocznie, a obecność Minusa w życiu chłopca będzie tym przygodom tylko pomagać.
Wiadomo, z psem Bartek będzie spędzał jeszcze więcej czasu na dworze. Tam, gdzie przygody tylko na niego czekają.
Z kronikarskiego obowiązku dodam tylko, że chłopiec okazał się być rzeczywiście bardzo sumiennym opiekunem Minusa. Nigdy nie pozwolił, aby psiak doznał jakiejkolwiek krzywdy. Dokładnie tak, jak obiecał kiedyś dziadkowi Frankowi i panu Szymkowiakowi.
Dziadek i pan Antoni mocno się zaprzyjaźnili i żaden z nich nie narzekał już nigdy na samotność. Zresztą obaj starsi panowie, pod pozorem obserwacji psiaka, byli teraz częstymi gośćmi w domu rodzinnym Bartka, z czego zarówno chłopiec, jak i jego rodzice zawsze bardzo się cieszyli.
A Laura, po powrocie z wycieczki do Poznania, stanowczo zaprzeczyła, aby było możliwe, żeby słoń komukolwiek mógł nadepnąć na ucho.
– Taką wielką nogą na takie małe ucho? Nigdy w życiu!
Dodaj komentarz